Architektura Wielkiego Pałacu Królewskiego łączy w sobie dwa style: rodzimy styl tajski i styl wzorowany na europejskim, trochę klasycystycznym budownictwie.

W Amarian Winichai znajduje się słynny Busok Mala. Tron Króla Ramy I w kształcie łodzi. Podczas oficjalnych ceremonii król siedział na tronie zasłoniętym kotarami, które odsłaniały się przy dźwiękach fanfar. Niestety tutaj też obowiązuje zakaz fotografowania.

Chakri Maha Prasat – Wielka Sala Tronowa. Na górnym piętrze środkowej sali przechowywane są prochy władców.
Na terenie pałacu znajdują się również sale wystawowe i dwa muzea, nie sposób jednak w ciągu jednej wizyty w pałacu zobaczyć wszystko. Przebijanie się przez tłumy zwiedzających, wysoka wilgotność i niesamowity upał w "zamkniętych" pomieszczeniach potęgują zmęczenie. Wychodzimy więc, z mocnym postanowieniem powrotu do tego pięknego miejsca.
Po opuszczeniu pałacowych murowa postanawiamy pójść na chwilę i odpocząć nad wodą. Przyjemnie jest w tak upalny dzień usiąść wśród zieleni i popatrzeć na przepływające stateczki i łódeczki.

Ze względu na toczący się remont postanawiamy Świątynię Jutrzenki zwiedzić podczas kolejnego pobytu w Bangkoku.

Po kilku latach wróciliśmy do Bangkoku, a świątynia nadal była w remoncie.

Ruszamy w kierunku słynnego kwiatowego bazaru.
Po drodze, przez przypadek, trafiamy na bazar rybny Tatien Market.
W tym upale "zapach" bazaru był obrzydliwy. Drugi raz bym tam nie weszła.
Jeszcze nigdy w życiu nie obeszłam tak szybko bazaru
Na bazar kwiatowy idziemy piechotką, bocznymi ulicami i przyglądamy się życiu Bangkoku. Jakże inaczej wygląda ta część miasta w stosunku do Rattanakosin. Jest tu szaro, niezbyt czysto, brudna woda wylewana jest wprost na ulicę, domy są obdrapane, ale ruch uliczny wdaje się być dużo mniejszy.
Wychodzimy z szarych uliczek i zbliżamy się do targu. Obraz miasta zmienia się, ruch nasila się, pojawia się wiele sklepów i straganów, jest bardziej kolorowo. Jeszcze parę kroków i nasze oczy oszaleją, zobaczymy setki wielkich kolorowych bukietów

.

Bukiety weselne

W tym miejscu D. Z. obraził się na minie

No babol nie chciał kwiatków. Było tak gorąco, a one były takie śliczne, pomyślałam, że zanim dotrzemy do hotelu to padną biedulki, powiedziałam,że nie chcę kwiatków, no i był
Po targu kwiatowym można chodzić w nieskończoność. Tajowie florystykę opanowali w sposób mistrzowski, wyczarowują przepiękne bukiety, girlandy. Ilość kolorowych kwiatów i unoszący się w powietrzu zapach oczarowuje. Raj dla oczu, raj dla duszy, raj dla nosa.

Ruszamy w kierunku Wat Traimit. Idziemy pieszo, chcemy poczuć tą niesamowitą atmosferę miasta. Po drodze mijamy dzielnicę hinduską. Pojawiają się sklepy z materiałami na sari, charakterystyczne zapachy kuchni hinduskiej, Sikhowie z turbanami i długimi brodami, no prawie jak w Indiach. Prawie robi wielką różnicę, jest tu dużo czyściej, nie śmierdzi i po ulicach nie pętają się krowy

Po długim spacerze

dochodzimy do dzielnicy chińskiej.
Pierwotnie ludność narodowości chińskiej zamieszkiwała tereny obecnego Starego Miasta. Za czasów króla Ramy I zostali przesiedleni. Idziemy ulicą Yowarat, to jedna z dwóch głównych ulic dzielnicy chińskiej. Oj jaka różnica w stosunku do Chin. Tutaj czas się zatrzymał, widzimy "Chiny" z przed czasów rozwoju gospodarczego. Ulica wygląda jednak identycznie jak niektóre ulice, które widzieliśmy w Chinach. No może z jednym wyjątkiem. Nigdzie w Chinach nie widzieliśmy takiej ilości świątyń na jednej ulicy.
Pod jednym dachem na wprost świątyni, po prawej biuro podróży po lewej restauracja


Świątynia łącząca elementy taoizmu, konfucjonizmu i animizmu
Mijamy kolejne "domy-sklepy", restauracje, hurtownie chińszczyzny i dochodzimy do celu. Przed nami Wat Traimit czyli Swiątynia Złotego Buddy.
Możliwość oglądania Złotego Buddy zawdzięczamy przypadkowi. Podczas rozbudowywania portu w Bangkoku robotnicy wykopali z ziemi mało interesujący, wykonany ze stiuku, straszliwie ciężki posąg Buddy. Jako, że żadnego posągu Buddy nie wolno zniszczyć, został ustawiony w Wat Trimit i stał sobie przez około 20 lat nie ruszany. Po renowacji świątyni postanowiono przenieść Buddę w inne miejsce, w tym celu ściągnięto dźwig. Robotnicy umocowujący liny swoją czynność wykonali dosyć nieudolnie. Przy pierwszej próbie podniesienia Buddy posąg pękł

Okazało się, że pod stiukiem ukryty jest ważący 5 ton Budda wykonany z 18-sto karatowego litego złota. Posąg pochodzi prawdopodobnie z XIII wieku i przypuszcza się, że został pokryty stiukiem aby nie padł łupem Birmańczyków. Teoretycznie w świątyni istnieje zakaz fotografowania Złotego Buddy, ale pilnujący majątku strażnik w ilości sztuk 1 udaje, że nie widzi aparatów i kamer .
Natomiast straszliwie zainteresował się naszą reklamówką z zakupami (targaliśmy jakiś kilogram Galan gala, trawy cytrynowej i pół kilo kafiru

), chodził i patrzył co tam mamy, nie wytrzymał i pyta Dużego Zająca: a co kupiłeś,? Duży mu pokazuje, Strażnik

lubicie kuchnię tajską,

już mogliśmy strzelać fotki do bólu.

.
Ten słoń wystawał na jakieś 20 cm

Przepiękne zdobienia. Niestety fotki nie oddadzą tego co widzieliśmy.....


Widok Złotego Buddy zapiera dech w piersiach i na chwilę odpiera mowę. Człowiek nie wierzy własnym oczom - 5 ton szczerego złota patrzy na mnie

Ten Budda będzie przez wiernych jeszcze złocony długo
Wychodzimy ze światyni, jeszcze przez chwilę przyglądamy się przez okno modlącym i postanawiamy wracać do hotelu.
Dochodzimy do bramy na China Town


Znajdujemy zająca
No i zaczynamy szukać taksówki lub tuk tuka

nikt nie chciał nas zabrać

do De Moca nie dość, że daleko to jeszcze protesty i godzina szczytu

. No, ale udało się

wprawdzie chcieliśmy jechać zamkniętym pojazdem, ale można i tuk tukiem

Już nie pamiętam ile zapłaciliśmy za dojazd do hotelu, ale była to jedna z najdroższych podróży.
Resztę dnia postanawiamy spędzić na basenie hotelowym

Zrelaksowani i wymoczeni idziemy wybrać limuzynę, którą jutro pojedziemy na lotnisko

a może ta

a może motorkiem brykniemy?

Ciężki wybór smochodów 5, motorów sama nie wiem ile, ot taka hotelowa kolekcja.
Wieczorkiem idziemy na ostatni spacer o kolację.



Uwielbiam te wieczorne włóczenie się po Khao San i okolicach, ale czas coś zjeść.
Tak wyglądała kuchnia naszej restauracji, a tak zamówione jedzonko..........


Po kolacji idziemy na ostatniego naleśnika z czekoladą

Delektujemy się deserkiem i spacerkiem idziemy w kierunku hotelu. Po drodze ostatni rzut koka na "naszą cukiernię"

. Niestety jutro o 10.30 mamy lot powrotny do Polski.
Chakri Maha Prasat – Wielka Sala Tronowa. Na górnym piętrze środkowej sali przechowywane są prochy władców.
Po drodze, przez przypadek, trafiamy na bazar rybny Tatien Market.
W tym upale "zapach" bazaru był obrzydliwy. Drugi raz bym tam nie weszła.
Bukiety weselne
Mijamy kolejne "domy-sklepy", restauracje, hurtownie chińszczyzny i dochodzimy do celu. Przed nami Wat Traimit czyli Swiątynia Złotego Buddy.
Możliwość oglądania Złotego Buddy zawdzięczamy przypadkowi. Podczas rozbudowywania portu w Bangkoku robotnicy wykopali z ziemi mało interesujący, wykonany ze stiuku, straszliwie ciężki posąg Buddy. Jako, że żadnego posągu Buddy nie wolno zniszczyć, został ustawiony w Wat Trimit i stał sobie przez około 20 lat nie ruszany. Po renowacji świątyni postanowiono przenieść Buddę w inne miejsce, w tym celu ściągnięto dźwig. Robotnicy umocowujący liny swoją czynność wykonali dosyć nieudolnie. Przy pierwszej próbie podniesienia Buddy posąg pękł
Natomiast straszliwie zainteresował się naszą reklamówką z zakupami (targaliśmy jakiś kilogram Galan gala, trawy cytrynowej i pół kilo kafiru
Ten Budda będzie przez wiernych jeszcze złocony długo
Znajdujemy zająca
Resztę dnia postanawiamy spędzić na basenie hotelowym
Zrelaksowani i wymoczeni idziemy wybrać limuzynę, którą jutro pojedziemy na lotnisko
a może ta
a może motorkiem brykniemy?
Ciężki wybór smochodów 5, motorów sama nie wiem ile, ot taka hotelowa kolekcja.
Wieczorkiem idziemy na ostatni spacer o kolację.
Uwielbiam te wieczorne włóczenie się po Khao San i okolicach, ale czas coś zjeść.
Tak wyglądała kuchnia naszej restauracji, a tak zamówione jedzonko..........
Po kolacji idziemy na ostatniego naleśnika z czekoladą
Delektujemy się deserkiem i spacerkiem idziemy w kierunku hotelu. Po drodze ostatni rzut koka na "naszą cukiernię"