sobota, 30 czerwca 2018

Sapa i okolice dzień trzeci

Dzisiaj mamy dzień specjalny czyli imieniny Dużego Zająca. Wstajemy rano, wyglądamy przez  nasze panoramiczne okno i jesteśmy mega zadowoleni. Po raz pierwszy Góra Fansipan nie jest pokryta chmurami. szybka decyzja, że najpierw wjeżdżamy kolejką na szczyt, a całą resztę odkładamy na później........
Samochód zawozi nas do stacji kolejki i tu przeżywamy małe zaskoczenie...... totalna cepelia. Na ogromnym placu porozstawiane stragany z asortymentem raczej pod lokalnego i Chińskiego turystę.... i niezliczona ilość kramów z jedzeniem. Jakoś musimy się przez to przedrzeć.... Niestety jeszcze nie jesteśmy świadomi tego co będzie dalej..........










W budynku okazuje się, że dzikie tłumy kłębią się przy kasach.... No cóż nie tylko my chcemy skorzystać z okazji......
Bilet na kolejkę kosztuje 700.000  dongów od osoby, co jak na Wietnamskie warunki jest sporą kwotą.... Można oczywiście wejść na górę po specjalnie wyznaczonej trasie, ale wspinaczka trwa dwa dni....... Grzecznie ustawiamy się w tasiemcowej kolejce do wagonika...... i zastanawiamy się czy godzina oczekiwania wystarczy? 


Przez chwilę mam dziwne skojarzenie, że idziemy jak prosiaczki na rzeź.... Ktoś wymyślił, że prościej będzie oddzielić turystów wysokimi drewnianym barierami, które wyglądają jak kojce...Aż strach pomyśleć co by się stało w razie wybuchu paniki....


Kolejka zbudowana została przez Szwajcarów. jest najdłuższa na świecie. Przewozi 2000 gości na godzinę, czas przejazdu jednego wagonika to ponad 15 min.




 Z lotu ptaka podziwiamy krajobrazy Parku Narodowego Hoang Lien, Dolinę Muong Hoa oraz szczyty pasma górskiego Hoang. 









Fansipan to najwyższy szcyt na Półwyspie Indochińskim. Liczy sobie 3,143 m wysokości. Na jej szczycie zbudowano bardzo ciekawą świątynię. Oczywiście idziemy ją zobaczyć, co wiąże się z ponownym pokonywaniem dużej ilości schodów. Od stacji kolejki do samego szczytu jest ich ponad 600.










Na nasze szczęście część schodów możemy pominąć. Na szczyt wjeżdża bowiem wagonik kolejki zębatej. Koszt biletu to 70 dongów za wjazd w gorę i 40 dongów za zjazd w dół. My decydujemy się tylko na wjazd w górę, bo poszczególne budynki i posągi znajdują się na różnych wysokościach i będziemy je oglądali schodząc. 




Oczywiście na samym szczycie robimy sobie pamiątkowe fotki.





Powoli zaczynamy schodzić w dół. Niestety pogoda zaczyna być kapryśna, straszliwie wieje i co chwilę na górę nawiewa chmury......












Po zjechaniu na dół jedziemy na Tram Ton Pass, najwyżej położoną drogę w Wietnamie.




Kolejne miejsce odwiedzane tego dnia to Love Waterfall usytuowany 15 km od Sapa. Wodospad ma 100 metrów wysokości, a woda spływa z góry Fansipan.  Żeby zobaczyć wodospad musimy pokonać na piechotę ponad 1.6 km. Niestety droga wiedzie w słońcu i często po schodach........ Łatwo nie będzie, ale czego się nie robi dla widoków......... 









Z wodospadem wiąże się legenda o nieszczęśliwej miłości.................................................................... 

Pewnego dnia siedem wróżek poszło szukać świeżej wody. Jedna z nich na chwilę się oddaliła i spotkała syna władcy gór, który przepięknie grał na flecie. Wróżka zakochała się w chłopaku i często wykradała się na potajemne schadzki z nim...... Niestety rodzice chłopaka dowiedzieli się o wszystkim i zabronili spotykać się młodym kochankom....... Podobno rozpacz chłopaka była tak ogromna, że jego łzy wypełniły wodospad.....



Miejsce to upodobali sobie nowożeńcy na pamiątkowe sesje. Trafiamy na  taką parę więc robię im zdjęcia........


Popracowałam jako fotograf to teraz mogę odpocząć i niech DZ robi pamiątkowe fotki dla nas.......


Przez chwilę mamy szczęście i nawet widzimy tęczę.






Do samochodu wracamy inną drogą. Może nie łatwiejszą, ale za to bardziej widokową..........




Dzisiaj mamy mocno "wodny" dzień jedziemy na kolejny wodospad. Tym razem Wodospad Srebrny... Silver Waterfall wypełniają wody spływające z góry Lo Sui Tong. Niestety cały wodospad widzimy pod ostre słońce....... Szkoda, że nie przyjechaliśmy tu kiedy słońce było po drugiej stronie......  







Wracamy do Sapa i idziemy do wioski Cat Cat...... Wioska powstała w XIX wieku i zamieszkiwana była przez katolickich Hmongów, którzy na tarasach uprawiali ryż i kukurydzę, a w dolinie mieli warsztaty tkackie..... 
Obecnie wioska jest atrakcją turystyczną..... Zachowano tu domostwa i warsztaty w dawnej formie, niestety w większości mieszkańcy handlują pamiątkami wytwarzanymi pod turystów..... Wioska jest dobrze utrzymana i jeżeli ktoś przyjeżdża do Sapa na jeden dzień to jest tzw. punktem must see......My osobiście widzieliśmy ciekawsze miejsca....



















W wiosce dochodzimy do kolejnego wodospadu. Wygląda pięknie i warto było pokonać kolejną niezliczoną ilość schodów. Na szczęście tym razem schody wiodły głównie w dół........






W drodze powrotnej pokonujemy jeszcze tradycyjne bambusowe mostki, dochodzimy do kół wodnych i powoli zaczynamy wspinać się pod górę...... 








Po tak  owocnym dniu przyszedł czas na zasłużone świętowanie......




Pyszną kolację zjadamy w jednej z najładniejszych restauracji w Sapa. Fransipan Restaurant szczerze możemy polecić. Dobre jedzenie, piękne widoki i miła obsługa..........







Spędziliśmy w Sapa 3 pełne dni. I mało i dużo. Trzy dni naszym przewodnikiem był Su. Lokalny przewodnik, mieszkaniec pobliskiej wioski, wraz z rodzicami i siostrą prowadzący gospodarstwo i dorabiający jako przewodnik. Uczy się sam. Nauczył się angielskiego wystarczająco dobrze, by pracować z turystami i cały czas uczy się dalej. Zna lokalne trasy, może dużo pokazać i wiele opowiedzieć. Potrafi dostosować program do potrzeb i możliwości klientów. Jest miły i bardzo pomocny. Z czystym sumieniem możemy go polecić. Tak więc na koniec jeszcze mała reklama naszego przewodnika, gdyby ktoś chciał skorzystać z jego usług lub zamieszkać w jego homestay'u to tu są wszystkie dane kontaktowe
Zdjęcie użytkownika Sử Kaki Kcoj Tutoi.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz